pelle_kb: (ats::you're my sanctuary)
[personal profile] pelle_kb
Napisałam to w zeszłym miesiącu, ale wtedy trafiła mnie ta straszna faza na BSG (wciąż trzyma, jakby ktoś nie zauważył XD), więc wklejam to dopiero teraz. Nie jestem miłośniczką komiksów, ale Y: The Last Man przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Jest to w dodatku świat, który aż się prosi o scrossowanie z Buffyverse. ;)

Tytuł: Boston
Fandom: Buffy/Y: The Last Man crossover
Ostrzeżenia: Spoilery do końca Buffy i Angela. Jak chodzi o komiks, to yyy, jakoś do 20 numeru, powiedzmy, ale nic wielkiego :P
Ilość słów: 1299
Za betę i uwagi dziękuję [livejournal.com profile] le_mru :)



Boston

Faith spogląda na panoramę miasta.

Boston wygląda niczym wielkie, czarne i skulone zwierzę, drzemiące na skraju zatoki. Sprawia wrażenie, jakby czaiło się do skoku, niewyraźne, milczące zbiorowisko sklepów, kościołów i nabrzeży. Faith stara się nie wracać do wspomnień z dzieciństwa. To niebezpieczne miejsce, pełne kurzu, pułapek i potrzaskanych naczyń. Zupełnie jakby stąpała po drewnianej, groźnie skrzypiącej podłodze strychu, który w każdej chwili może się pod nią zawalić. Wciąga powietrze do płuc, ale zaraz, co, jeżeli właśnie to zabiło tych wszystkich facetów? Powietrze, zarazki, cała ta droga kropelkowa, czy jak się to tam nazywa. Wyobraża sobie jak mikroby wpełzają facetom do uszu, ust i oczu, jak wyciskają z nich resztki krwi i spermy, aż zostają tylko puste, skręcone w agonii zwłoki.

Sporo tego ostatnio widziała.

Właśnie tamtego dnia postanowiła wpaść do Robina. Usiadła na jego łóżku, zapaliła papierosa i patrzyła, jak osypuje się popiół. Zaskakujące, ale najbardziej zapadły jej w pamięć te zwykłe, nieistotne drobiazgi. Grające radio, The Rolling Stones, skrzypienie desek, gdy mocował się z krawatem, zaschnięte błoto na butach, plama z pieczeni na rękawach jego białej, eleganckiej koszuli. Reszta jest milczeniem, ale to właśnie tamte szczegóły zostały z nią najdłużej. Jeżeli dobrze słyszała, to Willow i Kennedy przyjechały wtedy do Xandra, urodziny czy coś, aż strach myśleć. Były jednak pewne plusy tego, że nigdy nie uznali w niej swojej przyjaciółki. Właśnie dzięki temu nikt nie zaprosił ją na imprezę i nie musiała oglądać, co się tam wtedy działo.

Wystarczyło jej to, co zobaczyła wtedy u Robina.

Miasta wciąż pełne są trupów, ale to właśnie krew Wooda i wspomnienie Xandra sprawiają, że tragedia wydaje jej się wręcz zbyt rzeczywista. Zupełnie, jakby rodząca się w głowie myśl przybrała wreszcie kształt kwadratu. Jezu, skąd w ogóle takie porównanie. Wolę się nie zastanawiać, myśli. Wyciąga z kieszeni czarną, bezużyteczną komórkę i spogląda na wyświetlacz z brakiem zasięgu. Z trzaskiem zamyka klapkę i myśli, że przynajmniej nie mają się czego wstydzić. Gdyby to kobiety wymarły, mężczyźni momentalnie skoczyliby sobie do gardeł. Nie, żeby laski, które poznała, były jakoś znacznie lepsze od facetów, z którymi wcześniej tak chętnie przestawała. Większość wnosiła niewiele. Faith wątpi, by katastrofa coś pod tym względem zmieniła.

Gdyby miała jakiekolwiek prawo głosu, wybrałaby zaledwie kilka kobiet i kilku mężczyzn, których katastrofa powinna oszczędzić.

Stany Zjednoczone to tylko zbieranina miast, a Boston nie wyróżnia się niczym specjalnym. Zwłaszcza teraz, kiedy większość miejscowości w tym cholernym kraju zaczęła nasuwać niepokojące skojarzenia z dzikim zachodem.

Właściwie nie wie, co ją tutaj sprowadziło. Kiedy Rowena wróciła wraz z nowicjuszkami z Detroit, Faith miała wolną rękę. Dopóki ktoś siedział na tyłku w bazie w Cleveland, trzymał klucze, przydzielał pokoje, rozdzielał broń, zadania, żarcie, fajki i pojazdy, reszta mogła sobie robić, co chciała. Z wyjątkiem tych, które miały specjalne zadania, oczywiście. Zdawała sobie sprawę z tego, że wygląda to trochę inaczej w Phoenix, Denver czy Sacramento, miejscach zarządzanych przez inne pogromczynie. Faith miała jednak swój rewir, swoje poletko i uprawiała je tak, jak jej się podobało. Tak to sobie wcześniej z Buffy ustaliły.

W cywilizowany sposób.

Kilka miesięcy temu Dawn zniknęła, a Amazonki urządziły masakrę na przedmieściach Richmond. Wtedy w Buffy coś wreszcie pękło, szczelina ustąpiła miejsce kanionowi, i Faith musiała przejąć jej obowiązki. Zebrała dziewczyny, wybrała spośród nich te najbardziej odpowiedzialne i pasujące do tego zadania, a następnie wywiozła do Richmond, gdzie rozprawiły się z Amazonkami. Wszystkie jej podopieczne przeżyły. Rób tak częściej, Boże, myśli Faith, obierając scyzorykiem jabłko, brudnożółte, pomarszczone i prawdopodobnie robaczywe, a może naprawdę zacznę w ciebie wierzyć. Tak na serio.

W międzyczasie zmienił się trochę układ sił, ale przynajmniej Buffy zdążyła wreszcie wziąć się w garść. Z tego, co Faith widziała czy słyszała, w ciągu ostatniego półtora roku taki kryzys przydarzył jej się tylko ten jeden raz. I bardzo dobrze. Widok takiej rozbitej, przygnębionej Buffy nie należał do najprzyjemniejszych.

Pogromczyni bawi się zapalniczką, ale po namyśle postanawia zostawić sobie na później te trzy ostatnie papierosy, które tkwią w kieszeni jej skórzanej kurtki. O fajki coraz trudniej, więc chociaż głód nikotyny daje się jej we znaki, to postanawia być twarda. Wsiada na motocykl, nie sposób zliczyć ile stanów przejechała z nią ta stara, solidna Yamaha. Odpala silnik, i już sekundę później pojazd pożera kolejne kilometry, a także galony cennej benzyny. Faith kieruje się ku obrzeżom miasta, słyszała, że w tych rejonach można ostatnio zbić niezły interes. Katastrofa może i na jakiś czas przetrzebiła liczbę wampirów, zwiększyła się za to populacja wszystkich trupojadów, jakie tylko można sobie wyobrazić. Setki ghulów, zombie i ścierwożerców żerowały na tysiącach zwłok, wszędzie, na cmentarzach, autostradach i w miastach, których władze wciąż nie poradziły sobie z usuwaniem trupów. Pogromczynie były wszędzie potrzebne, zresztą, po pewnym czasie liczba krwiopijców także się wyrównała. Z wiadomych względów, wyłącznie płci żeńskiej. Faith nie dziwiło, że nie widziała absolutnie żadnego męskiego wampira.

Raz na pięć, sześć miesięcy myślała o Angelu.

Gdy przemyka ulicami Bostonu, zauważa, że są uprzątnięte, oczyszczone z krwi, ale przede wszystkim strasznie puste. Gdzieniegdzie zauważa smutne, wyblakłe twarze wyglądające zza okien, które następnie są zatrzaskiwane. Wdowy z kilkuletnimi dziećmi, uczepionymi długich, przybrudzonych spódnic. Kobiety, w czarnych, poszarpanych rajstopach i różowych spódnicach, palące przy przepełnionych koszach na śmieci. Faith czuje na sobie te nieufne, wręcz wrogie spojrzenia. Kiedy mija burdel, w którego drzwiach stoi, kiwa ręką i uśmiecha się zapraszająco Meksykanka z brodą, niczemu już się nie dziwi.

Tak jak wtedy, gdy Dawn zniknęła — Faith znowu wraca myślą do tego wspomnienia. Działo się to zaledwie kilka miesięcy temu, wydawało się, że znacznie, znacznie dawniej. Minęła właśnie rocznica katastrofy i Faith zauważyła, że młodsza Summers sprawiała wrażenie, jakby ktoś zastrzelił jej psa. — To Xander. Wciąż nie może się po tym pozbierać — stwierdziła Willow, cichym, smutnym głosem. Widać było, że także ona nie pogodziła się z niektórymi rzeczami. Zresztą, zaledwie miesiąc później wróciła do Milwaukee, gdzie szkoliły razem z Kennedy grupę młodych czarownic.

Giles, Xander, Wesley. Są straty, których niczym nie odkupisz, są ludzie, których nikt nie zastąpi. Pamięta, że stała na ganku i paliła papierosa w nocnym, gęstym powietrzu Arizony, gdy uderzyło ją wspomnienie Angela. Wątpiła, by Los Angeles, które najwyraźniej zostało przeklęte na długo wcześniej, nim Faith się narodziła, uniknęło tej właśnie klęski. Zagryzła wtedy papierosa i poczuła smak zmieszanej z tytoniem śliny. Nie zareagowała, kiedy pojawiła się za nią PJ.

Wielki, przesycony zapachem smaru warsztat, stosy opon i rosnące na wzgórzach za domem kaktusy, wszystko, co zapamiętała z Arizony. PJ naprawiła jej motocykl, a tego samego wieczoru znalazły się razem w łóżku. Było trochę niezręcznie, ale miały czas, a Faith przypadł do gustu surowy klimat tej ziemi. Miała wrażenie, że w powietrzu unoszą się duchy, nie szkodzi, obecność zmarłych działała na nią krzepiąco.

Gdy miesiąc temu usłyszała o Synach Arizony i miejscu, w którym grasowały, wpierw nie skojarzyła go z PJ. Była pewna, że lokalne pogromczynie zajmą się sprawą tych szurniętych bab, którym patriotyzm lokalny zdecydowanie zaszkodził. Skupiła się na swoich obowiązkach, więc o finale tej sprawy dowiedziała się znacznie później. Jednak to, kto zabił te szalone suki, które usiłowały zagłodzić pół Stanów, i udostępnił znowu międzystanową czterdziestkę, miało pozostać tajemnicą.

Wreszcie zatrzymuje się w jakiejś mniej zaludnionej dzielnicy, gdzie chodnik pokrywają kocie gówna i gnijące kawałki gazet. Wydaje jej się, że trafiła na miejsce, ale też nie jest pewna, czego właściwie szuka. Zna się jednak na swojej robocie i wie, że właśnie w takich miejscach można zazwyczaj trafić na potwory.

Z przedwojennego, czteropiętrowego bloku wynurza się krzepka, siwa starsza pani. Włosy spina jej kok, ma na sobie sprany, błękitny szlafrok i granatowe pantofle. W ręce trzyma obrożę, wygląda, jakby czegoś szukała.

— Mogłabyś mi pomóc, dziecko?

Faith marszczy brwi.

— Mówi pani do mnie?

Starsza pani widocznie się niecierpliwi.

— A widzę tu jakieś inne dziecko? Coś zjadło moją Hekube, zeszła do piwnicy i więcej nie wróciła. Mogłabyś?

Faith uśmiecha się, zsiada z motocyklu, w kieszonce na piersi czuje trzy ostatnie papierosy. W sumie i tak nie ma nic lepszego do roboty.

Profile

pelle_kb: (Default)
pelle_kb

November 2012

S M T W T F S
    123
45678910
1112131415 1617
18192021222324
252627282930 

Most Popular Tags

Style Credit

Expand Cut Tags

No cut tags
Page generated Jul. 29th, 2017 11:52 am
Powered by Dreamwidth Studios